Rozmowa kontrolowana, czyli cztery przypadki z życia Hanki

Categories FelietonPosted on

Zacznę od anegdoty. Pewien Rosjanin trafił do Warszawy w stanie wojennym. Gdy próbował dodzwonić się do znajomego usłyszał: rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana. Ucieszył się wielce: wot Jewropa, kulturnyj narod, predupreżdajut (uprzedzają). W wolnej Polsce dzwoniąc gdziekolwiek, by załatwić jakąś sprawę usłyszymy niezmiennie: rozmowa jest nagrywana, jeśli państwo sobie tego nie życzą, to należy przerwać połączenie.Nie życzysz sobie nagrywania, to wynocha! Myślicie, że to nagrywanie działa też na Waszą korzyść? Nic z tego. Moją znajomą wrobiono na podstawie rozmowy telefonicznej w droższy abonament, na który nie wyraziła zgody. Prosiła tylko o przysłanie do domu szczegółów oferty. Zażądała odtworzenia rozmowy, ale okazało się, że: nie ma takiej możliwości. Koniec. Kropka.

 

"Zażądała odtworzenia rozmowy, ale okazało się, że: nie ma takiej możliwości. Koniec. Kropka."

Przypadek I

Państwo na które łożę od kilkudziesięciu lat nie ułatwia mi wcale życia w sytuacji wyjątkowej. Tak się zdarzyło, że jestem uwięziona w domu, ale próbuję sobie jakoś radzić z pomocą przyjaciół. Jakie wnioski? Prawie niczego nie można u nas załatwić przez telefon. Kiedyś wypełniłam na poczcie odpowiedni druczek, prosząc o wrzucanie listów poleconych do skrzynki. Co się zmieniło? Nic. Odpowiednie czynniki wiedzą lepiej i mają swoje przepisy, ja w sprawie swojej poczty nie mam nic do gadania. Przez prawie dwa lata nie mogłam jej odbierać przebywając w szpitalu i zakładzie rehabilitacyjnym, a każdy list polecony oznaczał serię telefonów, zajmowanie znajomym czasu i proszenie o kolejne przysługi. Owszem, można w takiej sytuacji załatwić upoważnienie, trzeba tylko przyjść do urzędu, załatwić sprawę notarialnie albo listonosz (jak będzie chciał) pobierze stosowne oświadczenie w szpitalu.

Przypadek II

Duża polka jest również z wydostawaniem pieniędzy z konta. I znów ta sama śpiewka: pani przyjdzie, to w mig uzyska pani upoważnienie. Usiłowałam skorzystać z możliwości załatwienia tegoż przez notariusza pytając uprzednio, czy mają w banku jakieś odpowiednie druki, albo wymogi z tym związane: nie ma, jak pani napisze, tak będzie dobrze, byle dokładnie określić o co chodzi. Nie było dobrze. Napisałam, że upoważniam do pobrania 1500 złotych raz w miesiącu, a bank na to – po trwającym dwa tygodnie zasięganiu opinii centrali – że nie może czegoś takiego przyjąć, bo nie jest w stanie skontrolować liczby wypłat. A gdyby nawet mnie ktoś naciągnął, to kto ponosi ryzyko? Przecież ja i godzę się na nie. Nic to. Czas i pieniądze poświęcone przez przyjaciół na kręcenie się wokół tej sprawy zostały zmarnowane, a opłacone upoważnienie mogłam sobie … oprawić w ramki. Mieszkam bardzo blisko oddziału banku, co z tego, dla mnie to Himalaje stoczyć się z II piętra pożyczyć wózek, prosić o zawiezienie itd. Czy w oddziale nie znalazłby się ktoś godny zaufania, kto mógłby poświadczyć podpis u mnie? Przecież takie przypadki zdarzają się bardzo rzadko, więc to niewielka fatyga. Nie ma takiej możliwości, koniec rozmowy.

 

"Nie ma takiej możliwości, koniec rozmowy."

 

Przypadek III

Ktoś zachchmęcił rachunek i chcę się dowiedzieć, czy mam jakieś zaległości w opłatach za dostarczone media. I zaczęło się: imię nazwisko, numer klienta, nazwisko rodowe matki, cztery cyfry peselu. Lekko się zagotowałam. Co by się stało, gdyby informacja o tym, że mam nadplacone pieniądze dotarła do niepowołanych uszu? A pieniędzy miałam na koncie o wiele za dużo, bo mimo skrupulatnie podawanych informacji o tym, że nie korzystam z działki i nie zużywam prądu, naliczano mi przez półtora roku średnią i nie dało się tego odkręcić. I znów usłyszałam starą śpiewkę: pani przyjdzie, to się wyjaśni.

Przypadek IV

Spółdzielnia stara się o przekształcenie użytkowania wieczystego w prawo własności. Trwało  to latami, wreszcie ruszyło z miejsca. Dostaję pisemko, że w ciągu miesiąca mam złożyć odpowiedni wniosek z poświadczeniem wniesienia opłaty skarbowej. Pięknie, ale proszę o przysłanie druku, bo pójść nie mogę. I znów słyszę: pani przyjdzie i pobierze, albo wydrukuje ze strony internetowej (tylko że pani nie ma drukarki). Przecież można było wysłać potrzebny druk i szczegółowy, kompletny wykaz niezbędnych dokumentów z informacjami o możliwościach ich uzyskania. Nic z tego: informacje kapały jak z niedokręconego kranu, tłumy zdezorientowanych petentów kłębiły się w siedzibie spółdzielni, w sądzie rejonowym i w biurach notarialnych. Mnie się udało, bo jedna przyjaciółka odebrała stosowny druk, kolega wniósł opłatę na poczcie, a wnuczka jeszcze innej koleżanki odnalazła, opłaciła za pośrednictwem komputera i wydrukowała resztę dokumentów oraz przywiozła je tuż przed godziną ZERO (żadnej prolongaty terminu nie przewidziano). Zaznaczam, że sprawa dotyczyła długoletnich użytkowników lokali mieszkalnych, czyli osób starszych, i dla znacznej większośći był to problem z którym nie mogli sobie sami poradzić.

Przypadek V

Już mi się odechciało przykłady mnożyć – każdy z czytelników mógłby dołożyć kilkakrotnie wiecej.

Pozostaje życzyć wszystkim autorom nieżyciowych przepisów i tych, którzy niezłomnie stoją na ich straży, nie uznając żadnych wyjątków, by znaleźli się w podobnej do mojej sytuacji i przekonali na własnej skórze, jak to miło nie móc załatwić najprostszej sprawy i być całkowicie zależnym od innych

 

Autorka: Hanna Bagińska

Komentarze