O zaćmie i szaleństwie w służbie zdrowia

Categories ZdrowiePosted on

Leczenie chyba nigdy wcześniej nie było dla pacjenta tak niebezpieczne jak teraz 

W każdym razie ja nie pamiętam. W mojej rodzinie było i jest kliku lekarzy, lekarzem był mój dziadek i jest moja matka. Jest, chociaż już staruszka, bo lekarzem jest się do końca życia z powodu przysięgi Hipokratesa, z powołania i etyki. Etyka, etyka, etyka to słowo często używane ale jego znaczenia chyba wiele osób już dzisiaj nie pamięta. To nie jest dobry towar na obecne czasy.

 

Płacisz czy nie płacisz, chociaż składki przecież i tak są ściągane, nie masz żadnej gwarancji na prawidłowe leczenie, a często nawet na uniknięcie krzywdy. Bylejakość jest wszędzie. W prywatnej służbie zdrowia pacjent jest często tylko osobnikiem, z którego ciągnie się kasę a w państwowej jest intruzem albo jednostką chorobową, która czasami ma szczęście być odpowiednio leczona ale nie zawsze. Dzieło przypadku.

O mały włos ofiarą totalnego bałaganu i niefrasobliwości mogłaby zostać moja rodzina.

Historia zaczęła się kilka lat temu…

…kiedy nasza służba zdrowia nie była jeszcze doszczętnie zepsuta.

Moja matka, jeszcze dość sprawna wtedy starsza pani, postanowiła usunąć  zaćmę i zafundować sobie nowe soczewki. Zgłosiła się do szpitala w ramach świadczeń NFZ. Operacja zaćmy weszła już w kalendarz rutynowych zabiegów chirurgicznych u ludzi w starszym wieku i nie stanowiła większego problemu.

Zawieźliśmy ją więc w wyznaczonym terminie na oddział okulistyczny, a po trzech dniach  odebraliśmy  i … udało się! Hura, hura, hura! Operację przeprowadzono z sukcesem, aż zadziwił się jej stały okulista. To dobry szpital, pomyślałam, będziemy się go trzymać.

Minęły lata i niestety pojawił się następny kłopot – jaskra, podstępna choroba, która ujawnia się dopiero w znacznie zawansowanym stadium.  Okulista wystawił skierowanie do szpitala na operację. Wyleczyć się tego niestety nie da, powiedział, ale można w pewnym stopniu złagodzić skutki i zahamować rozwój choroby.

Trudno, jak inaczej się nie da, niech będzie operacja.

Zarejestrowałam skierowanie w szpitalu, w tym dobrym, na początku roku i  zaczęła się procedura. Chyba najczęściej używane dzisiaj słowo.

Niby logiczne – rejestracja, kwalifikacja, zalecenia, operacja. Logiczne tylko z pozoru, bo na końcu jest dezinformacja, dezorganizacja i chaos a uniknięcie skrzywdzenia często zależy od refleksu pacjenta  lub jego opiekuna. A co jeśli ani jeden ani drugi jest nie świadom rzeczy?? Strach pomyśleć!! Wróćmy jednak do sprawy.

Szpital wyznaczył terminy dodatkowych badań, kwalifikacji i  operacji. Rejestracja – marzec, badania – wrzesień, kwalifikacja – październik i operacja – styczeń następnego roku. Zajęcie na cały rok ale trudno, jak nie można inaczej niech będzie i tak.

Nadszedł wreszcie ten październik i do szpitala z plikiem dokumentów i moją matką zgłosił się mój mąż, wyjątkowej cierpliwości człowiek. Rozpoczęto procedurę kwalifikacji.

Etap pierwszy

Karta pacjenta na biurku, ponowne badanie wzroku odpowiednią aparaturą, wyniki i „ Proszę pana, operację usunięcia zaćmy możemy wykonać już w przyszłym tygodniu, proszę się jeszcze zgłosić do pokoju obok po przedoperacyjne zalecenia”.

Jakiej zaćmy ? zapytał zdziwiony mój mąż. Teściowa taką operację już kiedyś miała. Tym razem to chodzi o jaskrę.  

Ach tak, proszę do pokoju obok.

Swoją drogą jak ona zaćmę zobaczyła przez tę aparaturę? No mniejsza o to.

Etap drugi

Pokój obok,  karta pacjenta na biurku. „To ta pani ma być operowana?” – padło pytanie. Tak – odpowiedział mój mąż. „Dostanie pan receptę na odpowiednie krople, proszę stosować zgodnie z zaleceniem. Całe postępowanie ma pan na piśmie. Operacja zaćmy w przyszłym tygodniu.”

Co??  Przecież już mówiłem, że chodzi o jaskrę i termin styczniowy przyszłego roku. „Aaaa, jaskra, to proszę to ustalić w sekretariacie, pokój obok”.

Etap trzeci

Sekretariat, komputer na biurku. Przemiła pani sekretarka. „Widzę, że zalecenia już państwo macie. Wszystkie terminy na zaćmę nam się skróciły. Proszę sobie wyobrazić, że dostaliśmy dodatkowe fundusze, operacja w przyszłym tygodniu”, mówi, mówi, mówi… „To ja już rejestruję”.

Ale, ale … próbował przerwać mój mąż. Ja już dwa razy mówiłem, że chodzi o jaskrę i styczeń.

„Jaskra? Styczeń ? Nazwisko proszę. No tak, to proszę przyjść w przyszłym roku”.

Koniec procedury.

Strach się bać

Jak się człowiek w porę nie zorientuje to mu zoperują to, na co akurat są pieniądze a nie to powinni.  Aż strach się bać!!

Nie napisałam który to szpital ponieważ to nie jest  godny potępienia wyjątek, tak działa cały ten system, oparty na chciwości, niechlujstwie i totalnej dezorganizacji a jedynym, moim zdaniem, osiągnięciem tych pożałowania godnych „reform” jest zniesienie rejonizacji.

 

Autorka: Grażyna Tarnowska

Komentarze