O ławeczce pod blokiem i groźnych stworach [FELIETON]

Categories FelietonPosted on

Moja ławeczka nie ma nic wspólnego z „Ranczem”, choć też skłania do refleksji, tylko nieco innego rodzaju. Kiedyś (gdy byłam piękna i młoda, każdy tak mówi na stare lata nieprawdaż?) mijając w pośpiechu ławeczki na których siedzieli staruszkowie, myślałam o nich ze współczuciem i pewną nutką politowania. Czy nie mają nic lepszego do roboty niż siedzieć i plotkować z sąsiadami? Czy nic ich nie interesuje? Na tyle zleniwieli, że niczego im się nie chce? Minęło, nie wiadomo kiedy, kilkadziesiąt lat, a jeszcze na dokładkę jeden zmotoryzowany walnął mnie na pasach, skutecznie wyłączając ze świata poruszających się samodzielnie i bez trudu, i sama wylądowałam na ławeczce pod blokiem, szczęśliwa że mogę korzystać z kilku słonecznych, październikowych dni.

fot. Hanka Bagińska

Rychło przekonałam się, że sąsiedzi mają podobne problemy – pójście do sklepu oddalonego o 100 metrów to cala wyprawa, a o dalszych nie ma co marzyć. Ławeczka umożliwia oddychania względnie świeżym powietrzem i cieszenie się zielenią i kwiatami. Cóż, wiek powyżej średniego też ma swoje dobre, choć nieliczne strony. Wystarczy odrobina świętego spokoju i to, że nic chwilowo nie boli, i już człowiek zadowolony. Udało mi się uskładać kilka takich chwil i strzegę ich zazdrośnie, bo wiem, że muszą starczyć na długo. Jak na ławeczce było? Wspaniale! Z oddali dochodziła jakaś muzyczka, w duszy też coś grało, pełna harmonia i zgoda ze światem i sobą.

fot. Fotolia

Pomyślałam wówczas po raz któryś, że bardzo lubię sobie po prostu być. Istnieć, przylegać każdą komórką do podłoża (choć ławka twardawa), czuć, jak krew krąży w żyłach, wsłuchać w rytm własnego oddechu, uderzeń serca. Tak na co dzień nikt tego nie robi, ale pomyślcie chwilę: my się tu spieszymy, denerwujemy, kochamy, pracujemy, użeramy, a tam w głębi naszego organizmu fabryczka cały czas równo, miarowo, bez urlopów i świąt pracuje. Doceńmy to, zatroszczmy się o nią. Bo przecież przypominamy sobie o niej tylko wówczas, gdy się coś zepsuje i jakiś element trzeba naprawić bądź wymienić. Wtedy wyobraźnia podsuwa przerażające obrazy jakiejś tajemniczej i oczywiście nieuleczalnej choroby.

Myślimy sobie, że gdzieś tam podgryza nas od środka jakiś groźny stwór – panika chwyta za gardło, z miejsca stajemy się wielkim strachem, a życie traci wszelki urok. A przecie, ktoś mądry powiedział, że póki życia, póty nadziei.

Nie wolno nam, wsłuchanym we własne wnętrze, zapomnieć, że możemy się przecież jakoś bronić. Mamy niezły system odpornościowy, warto się też mocno postarać i okiełznać osłabiającą, a nawet zabijająca siły witalne panikę.

 

W takiej sytuacji przyda się pewna refleksja, że przecież między dniem pełnym spokoju a szarpiącą nam trzewia rozpaczą mija czasem tylko kilka godzin. Od momentu usłyszenia lub wyobrażenia sobie złowrogiej diagnozy zmienił się tylko stan naszej świadomości a nie cały świat. Przedtem nie wiedzieliśmy co się z nami dzieje, samo uzmysłowienie sobie tej prawdy zwaliło nas z nóg. Spróbujmy jednak zatrzymać ten proces i dążyć za wszelką cenę do przywrócenia poprzedniego stanu. Starajmy się żyć tak jak przedtem.

Owszem musimy część swego czasu, pieniędzy, uwagi i emocji poświęcać koniecznym zabiegom i badaniom. Reszta należy jednak do nas. Korzystajmy z każdej chwili, oddzielmy się od choroby nieprzenikalną barierą, stańmy obok, tak jakby ta sytuacja dotyczyła kogoś innego. Dbajmy przede wszystkim o naszą psychikę, to ona może nam najbardziej pomóc, albo i zaszkodzić. Trzeba jej dostarczać pogodnej strawy, ciekawych materiałów do przemyśleń, nowych wrażeń i bodźców niezwiązanych z naszą przypadłością.

fot. Hanka Bagińska

Gromadźmy chwile spokojnego nicnierobienia, bądźmy dla siebie dobrzy. Odrobina zdrowego egoizmu nie zaszkodzi ani nam, ani naszym bliskim. Planujmy nowe, niezwykłe przedsięwzięcia, np. podróż życia, nieważna odległość, miejsce, ani czas. Lepiej studiować przewodniki niż mapę bólu własnego ciała. Postarajmy się zawrzeć ciekawe znajomości, odświeżmy, nieco zaśniedziałe związki z przyjaciółmi. To naprawdę pomaga!

Tak sobie właśnie dumałam popatrując na sąsiadów wygrzewających się na ławeczkach.

Tyle o poradach na czas kryzysu i załamania. Oby nikomu nie były potrzebne.

Autorka: Hanka Bagińska

Komentarze