Felieton Hanki: Prawdziwi Wykluczeni…

  • Posted on: 19 lipca 2017
  • By:

Prawdziwi Wykluczeni…

stanowią większość wśród osób starszych i niezamożnych, a w domyśle – to są ci frajerzy, którzy przez kilkadziesiąt lat wpłacali niemałe składki na Narodowy Fundusz Zdrowia, czyli właściwie pracodawcy, a nie pokorni klienci pracowników przychodni, szpitali, zakładów opieki i rehabilitacji. Popatrzmy, jak wygląda typowa „funduszowa” przychodnia, izba przyjęć, czy ostry dyżur w akcji…

Poczekalnie, to z reguły pozbawione wentylacji korytarze, zdarza się nawet, że nie ma tam krzeseł. Pacjenci cierpliwie czekają w tłoku i zaduchu, bojąc się odejść nawet na chwilę, by kupić wodę czy kanapkę, bo może w tym czasie zostaną wywołani. Wielu (zwłaszcza ci z wypadków) nie uzyskuje pomocy doraźnej.

W przychodniach przyszpitalnych przeważają w kolejkach osoby, zapisane już wcześniej telefonicznie. Nic to, muszą przyjść w dniu wizyty i odstać swoje. Na domiar złego bywają często rugani przez rejestratorkę, że nie przewidzieli takiej sytuacji i przyszli punktualnie, nie mając w zapasie 3-4 godzin na kolejkę.

Na konsultacje specjalistyczne wyznacza się z reguły kilkadziesiąt osób na jeden termin (np. godz. 8-11) a rejestratorka konfidencjonalnym szeptem namawia do stawienia się punktualnie o 8  – w rezultacie nie dla wszystkich starcza miejsc siedzących i znów przed nimi wiele godzin czekania i wezwania do gabinetu według widzimisię lekarza (wiem, wiem chodzi o ciężkość przypadków itp.) dlaczego jednak pacjent ma sterczeć w poczekalni bez sensu i się denerwować?

Okazuje sie, że wyczekiwanie na rejestrację w przychodni stanowi swego rodzaju luksus. W wielu takich placówkach w dalszym ciągu nie można zarezerwować sobie wizyty telefonicznicznie, a na zapisy ustawia się kolejka przed zamkniętą przychodnią już przed szóstą rano. Mróz, czy deszcz, nieważne, pacjenci muszą odstać kilka godzin zanim otworzą się podwoje przybytku. No cóż jeśli jesteś chory i zachciewa ci się porady lekarskiej, to wstawaj przed świtem i stój godzinami, to może, bo to nic pewnego, dostaniesz upragniony numerek.

Z troską pochylamy się nad dotkniętymi przez los, którzy są daleko – popatrzmy na swoich „wykluczonych” z racji, biedy, wieku, niepełnosprawności, którzy po rzetelnie przepracowanym życiu nie są traktowani z szacunkiem.

Najbardziej denerwujące jest to, że można temu koszmarkowi zaradzić za pomocą zwykłych administracyjnych środków usprawniając system zapisów (w byle Biedronce opłaca się zapraszać klientów do wolnej kasy – Funduszowi szkoda pieniędzy na zwykły biletomat, bo ci biedacy i tak przyjdą) – każdy powinien dostać karteczkę z podaną datą, godziną i numerem wizyty oraz z numerem telefonu pod który należy zgłaszać jej ewentualne odwołanie. Bez sensu jest dwukrotne czekanie przed rejestracją – pacjent ma się stawić na określoną godzinę a jego dokumenty powinny czekać na niego u lekarza.

Co proszę? Że kilka osób może nie przyjść na wizytę nie zgłaszając tego wcześniej? I co z tego, najwyżej ich karty wrócą z odpowiednią adnotacją do rejestracji.

Całą tę biurokratyczną drogę trzeba odbywać tylko po, by otrzymać receptę, skierowanie, lub w najlepszym wypadku, uzyskać poradę w podczas kilkuminutowej wizyty. Chyba najwyzszy czas na małą rewolucję, jeszcze nie wiem do końca na czym miałaby polegać, ale coś wymyślę, bo ci, którzy płacą mają prawo żądać uprzejmej obsługi w jak najlepszych warunkach.

Hanka Bagińska

 

 

Komentarze