Falbany górą [DZIUBNIJ STYL #11]

Categories Dziubnij StylPosted on

Kobiety kochają falbanki i falbany. Kochają też hity, a w tym letnim sezonie i falbanki i hity łączą się w całość. Oczywiście nie każdej kobiecie jest do twarzy w falbankach. Ja na przykład w urokliwych falbaneczkach wyglądam jak przebrany koń. Ale na szczęście dla mnie nie tylko takie falbanki są modne. Zachwycają mnie te przy rękawach. Pod szyją gładko, a jedyną ozdobą są falbany do łokcia. Taką bluzkę możemy założyć na każdą okazję.

Modne są spódnice z falbanami. Nie chodzi tu o ulubione przez nas spódnice uszyte z trzech falban, to się nosi od zawsze. Chodzi raczej o jedną falbanę na dole sukni, spódnicy, a nawet bluzki, o falbany przy ramionach, które wprawdzie nie są podobne do skrzydeł, ale czujemy się jak uskrzydlone. W sklepach i na ulicy można zobaczyć różne wariacje na temat tego, gdzie możemy doszyć falbanę.

W miłe zdziwienie wprawiła mnie falbana przyszyta do dresowej bluzy. I było to bardzo fajne. Ja takiej bluzy nie założyłabym, nie dlatego, że jestem na takie fanaberie zbyt stara, po prostu to nie moja bajka. Ciekawie wyglądała bluzka z falbaną przyszytą na skos od ramienia do talii. Przymierzyłam ją, bo była ładna, ale wyglądałam w niej, jakbym wyszła ze szpitala po operacji piersi. Modne są też sukienki z falbanami i bywają takie, które falbany mają wszędzie, gdzie tylko można, na dole, na górze, przy szyi. Niejedna z nas w takim falbanowym szaleństwie będzie wyglądała jak dzidzia-piernik. Ja na pewno tak.

Najbardziej lubię czyste formy, czyli w tym wypadku bluzę w klasycznej wersji. W ogóle klasyka jest zawsze najbardziej bezpieczna. Zrobiłam sobie zdjęcie w takiej bluzce. Biała, noszę ją na bardziej uroczyste okazje, bo gdybym założyła ją do supermarketu na zakupy, wyglądałabym jak pańcia, która nie ma pojęcia, jak dopasować ubranie do okoliczności. Jak twierdzą wielcy kreatorzy mody, poza zwariowanymi pokazami w ubieraniu się najważniejsza jest równowaga między strojem a otoczeniem.

 

Odchudzanie w imię Boga

 Jeśli ktoś ma zamiar się teraz odchudzać, stosując dietę, może zwariować. Nie dlatego, że odchudzanie się nie zawsze jest zdrowe i nie zawsze skuteczne. Dlatego, że wybór diety (pomijam fakt, że najlepiej skorzystać z usług dobrej dietetyczki) to ciężka praca. Kiedyś były diety i zasady ich stosowania były proste: np. kapuściana, mleczna, owocowa itp. Teraz diety dostosowuje się do grupy krwi, daty urodzenia, kodów genetycznych czy znaków astrologicznych. To oczywiście wyższa szkoła jazdy. Na szczęście są też mniej skomplikowane. Mnie zainteresowały dwie diety. Spróbowałam i obie przyniosły znakomite efekty.

Pierwsza z nich polegała na jedzeniu dwa razy w tygodniu jednego posiłku dziennie, obojętnie o której godzinie. Ja jadłam późno. Liczba spożywanych kalorii nie mogła przekroczyć 500 dla kobiet i 600 dla mężczyzn. Przez resztę tygodnia można było jeść, co się chciało. Dietę stosowałam przez sześć tygodni i rzeczywiście schudłam, ale zrezygnowałam z niej z najwyższą przyjemnością. Przez te dwa dni diety nie robiłam nic innego, tylko czekałam, kiedy będę mogła zjeść. Koszmar.

 

Druga dieta jest o wiele przyjemniejsza. Przez dwa dni w tygodniu je się 800 kalorii. Ja podzieliłam je na dwa posiłki. Małe, ale dwa. Każdy może sobie skomponować własny zestaw. W dniu diety na obiad jem warzywa na patelnię, a na kolację dwie kromki chleba, jajko i pomidora. Myślenie o jedzeniu jest wtedy bardziej znośne. Nie wiem, na ile to moja sugestia, ale przy stosowaniu tej diety czuję się bardzo dobrze. Oczywiście, rozmawiałam na ten temat z lekarzem, który poparł moje wysiłki. Głodzić się w żadnym razie, ale dwa razy w tygodniu jeść małe i zdrowe posiłki proszę bardzo.

Przyzwyczailiśmy się do stosowania diet i – tak myślałam do tej pory – żadna dieta już nas nie dziwi. A jednak jest dieta, która zwala z nóg, a raczej rzuca na kolana. To dieta, w której pomaga wiara w Boga. Ruch powstał w Stanach Zjednoczonych, ale już dociera do Anglii. Polega m.in. na tym, że kiedy poczujemy głód, zaczynamy się modlić i prosić Boga o siłę w jego pokonywaniu. Organizatorzy ruchu nazywają go chrześcijańskim odchudzaniem z Bogiem. Filozofią ruchu jest przekonanie, że objadanie się to grzech. Bóg nie chce się z nami dzielić jedzeniem, określa się to jeszcze bardziej dosadnie: Bóg nie chce się z nami dzielić lodówką. Głód należy pokonywać silną wiarą i modlitwą, bo tylko wtedy, kiedy się nie objadamy, nie trujemy w sobie Ducha Świętego.

Sprawa więc polega na przeniesieniu żarliwego uczucia do jedzenia na Pana Boga. A skutki są, jakby się stosowało dietę. Sam proces chudnięcia przebiega różnie. Odchudzający się tą metodą, a raczej odchudzające się, bo przewaga kobiet jest bardzo wyraźna, tracą od dwóch do trzynastu kilogramów np. przez tydzień. Niestety, nie ma statystyki czy żarliwsze modlitwy przynoszą lepsze rezultaty. Uczestniczki tego ruchu z radością opowiadają, że pozbywanie się grzechu obżarstwa przynosi rezultaty w postaci spadku wagi, ale dla nich jest to efekt uboczny, liczy się kontakt nawiązany z Bogiem. Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, co myśleć na ten temat. Wydaje mi się jednak, że wykorzystywanie Pana Boga w sytuacji, kiedy cudu nam nie potrzeba, bo sami możemy się uporać z tym problemem, to zbytnie wykorzystywanie Siły Wyższej. Czyż nie lepiej sam fakt odchudzenia się poświęcić Panu Bogu?

Kilku ważnych rzeczy o pozbywaniu się nadwagi nie napisałam. Podzieliłam ten temat na diety i sposób jedzenia( za chwilę). Te dwa działania dopiero tworzą cuda!

Basia Dziubińska

 

Za chwilę łączenia w modzie i jeszcze więcej o jedzeniu.

Komentarze